W nocy przyśnił się nastolatce piękny sen,przywołujący morze wspomnień.Mała czterolatka biegała na wielkiej,kwiecistej,kolorowej od roślin łące goniąc wesoło motylki.Jej tata przysnął z gazetą na ławce,zmęczony po dniu w pracy,więc dziewczynkę pilnowała siostra.Goniąc kolorowe owady dziecko straciło ją z oczu,zaczęła panikować,rozglądała się za nią,przerażona,że starszej siostrzyczce coś się stało,chociaż to ona miała jej pilnować.Z jej oczu łzy zaczęły lecieć ciurkiem,kiedy po chwili ktoś wyskoczył za nią z trawy krzycząc przerażająco ,,buuu!'' i zaczynając ją łaskotać.Dziewczynka płakała ze śmiechu,tym razem próbowała powstrzymać łzy przez śmiech.Siostrzyczka ją nie źle wystraszyła,ale kocha ją i jej to wybaczy.Dalej biegały już razem po łące,bawiąc się i łapiąc motylki.Nie potrzebowały nawet swojego tatusia,razem miały wszystko,co było im potrzebne,co było dla nich najważniejsze.Miały siebie.

Siedemnastolatka wybudziła się gwałtownie ze snu z oczami pełnymi łez.To przez ten sen,wróciło tyle wspomnień...Nie dość, że te miasto jej wszystko przypominało,to jeszcze ten dom i do tego Ten Pokój.Ale dla niej te wspomnienia były bezcenne i mimo,że przez nie cierpiała nie mogła tak po prostu o nich zapomnieć,to byłby aż grzech!
Wstała z łóżka i od razu pomaszerowała do łazienki,wcześniej sprawdzając godzinę.Szósta rano!Przemywając przy umywalce twarz z łez,znów to usłyszała.Jej Głos.Śpiewała...Jej ukochaną
kołysankę...Amelia po śmierci ich mamy opiekowała się nią i była dla niej jak matka.A teraz śpiewała...Jej.Ukochaną.Kołysankę.Śpiew dochodził z pokoju,więc szatynka pobiegła tam co sił z nadzieją,że znowu ujrzy siostrę...I ujrzała...dwudziesto dwu latka stała na parapecie okna,nadal śpiewając.Gdy piosenka się skończyła,skoczyła.Szatynka była zszokowana!Po tylu latach,ujrzała siostrę.Żywą!I nagle znów znika..w ciągu ułamka sekundy.Podbiegła z krzykiem do okna,ponownie zalana łzami.Krzycząc jej imię,wołając o pomoc,błagając,by to nie była prawda.Nie była,ale nie wiem,czy można powiedzieć,że ,,na szczęście''.Ciała siostry nie było na ziemi,nawet krwi,Nic.Jakby to się nigdy nie zdarzyło,ale Elizabeth wciąż płakała.Ojciec wbiegł do pokoju słysząc krzyk i od razu mocno ją przytulił,zdając sobie sprawę,czemu cierpi.Dziewczyna była roztrzęsiona i nic nie potrafiła zrobić,coraz bardziej zamykała się w sobie.Obecnie była w stanie wyszeptać tylko ciche i ledwo słyszalne ,,tatusiu''.....
***
Przybywam z rozdziałem,jak o co niedzielę!:) Dziś troszkę chyba dłuższy niż poprzednie,ale uprzedziłam Was na początku,że w tym opowiadaniu rozdziały nie będą za długie.xd Ogarnęłam wreszcie muzykę na blogu,piszcie czy Wam się podoba.Jeśli Wam się podobało zostawcie komentarz,pamiętajcie,że im więcej komentarzy,tym szybciej kolejny rozdział,a tak to rozdziały są dodawane regularnie,co tydzień w niedzielę,wieczorami.:) Pozdrawiam.
Tysia ♥♥♥♥♥